sobota, 14 lutego 2015

Nauczyłam się powiedzieć żegnaj/Epilog

         Więcej tutaj: http://kochajmarziwierzjeslimozesz.blogspot.com/2015/02/nauczyam-sie-powiedziec-zegnaj.html

BLOG ISTNIAŁ DOKŁADNIE 1 ROK I 1 MIESIĄC.


Tak naprawdę opowiadanie, które tutaj opublikowałam to zaledwie połowa tego, co zamierzałam. Już go nie dokończę, ale nie chcę zostawiać was z jedną wielką niewiadomą. Jeśli kogoś cokolwiek ciekawi, to mam nadzieję, że ten epilog zaspokoi jego ciekawość. Miłego czytania i BARDZO PROSZĘ O TEN OSTATNI KOMENTARZ. Kocham was <3

EPILOG

Kiedyś - nie znali się. Dziś tłoczyli się wszyscy w jednym kościele; byli świadkami ślubu dwoja z nich. Długą nawą do ołtarza szedł mężczyzna - wysoki i czarnoskóry, nie tutejszy, Brazylijczyk. Dziewczyna, niższa, z włosami mniej więcej do pasa, wpadającymi pod kolor rudy, uczepiona jego ramienia, kulała - jeszcze nie nauczyła się do końca funkcjonować z protezą, którą założyli jej niedługo po aputacji prawej nogi będącej wynikiem jej wypadku na motocyklu.
Kiedy składali przysięgę, puste słowa, zamieniły się w prawdę, a w ich oczach widać było bezgraniczną miłość i zaufanie. Nawzajem zmienili swoje życie - on znalazł w końcu swoją miłość, teraz wiedział, że nie jest już sam tylko ze swoim aparatem, ale ma ją. Ona wiedziała, że ją kocha, pomimo jej kalectwa, pomimo jej wad i pomimo rzeczy, których ona sama w sobie nie akceptowała.
Byli razem, a wraz z nimi ich miłość, którą tego dnia chcieli przypieczętować, a która z każdym dniem rosła i rosła i zdawać by się mogło, że kiedyś urośnie do rozmiarów niemożliwych. A wtedy będzie musiała pozostać już na zawsze.

Czuła się lepiej. Powiedziała tej idealnej Violetcie za co tak bardzo ją nienawidzi. Lepiej, wykrzyczała jej to prosto w twarz, zapowiedziała, że będzie cierpieć tak, jak sama cierpiała przez całe życie. Gdyby nie interwencja Maxiego, jej chłopaka, który odciągnął ją w samą porę, mogłaby zrobić coś gorszego, czego mogłaby później żałować. Na razie nie żałowała. Ba, była nawet zadowolona. Jakby ktoś zdjął z niej ciężar, który nosiła na ramionach od dziecka.
Teraz długo już nie widziała się ze swoją siostrą. Nie miała na to ochoty. Przez nią to wszystko. Przez to, że była tak idealna, wspaniała i nieskazitelna, a jej nikt nie zauważał, a jeśli już, to tylko jako tą gorszą. Nienawiść do niczego nie prowadziła, a jednak Natalia nienawidziła Violetty z całego serca, chciała, naprawdę chciała, aby cierpiała. Mimo, że gdzieś w środku czuła jakąś tam miłość - w końcu to była jej siostra - to te negatywne uczucia i tak były dużo silniejsze.
Znalazła swoją drugą połówkę. Maximiliano ją zmienił, uczynił z niej lepszą osobę. Byli razem długo, z każdą chwilą ich miłość rosła, utwierdzając ich w przekonaniu, że to wszystko dzieje się naprwdę i że do końca życia będą razem.

Jej siostrzyczka odeszła już na zawsze i musiała się z tym pogodzić. Sara była zbyt słaba, aby poradzić sobie z gwałtem i próbowała, naprawdę próbowała, to było widać. Niestety, nie udało jej się. Ale Ludmiła miała przy sobie osobę, którą kochała, i która kochała ją. Federico był innym człowiekiem, zmienił się dla niej. Już nie palił, starał się zmienić swoje życie, zaczął szanować kobiety, odnosił się do nich jak prawdziwy mężczyzna. Ta odważna blondynka była dla niego całym światem, i na odwrót. Liczyli się tylko oni, nikt więcej. Uzupełniali się i nic więcej nie było potrzebne im do szczęścia.
Chcieli być tylko razem na zawsze, zresztą jak każda inna para. Ale oni przeszli długą drogę, by wszystko było dobrze. Bardzo się starali, i zostało to docenione. Teraz nic nie może zepsuć ich szczęścia.

Jej poprzedni związek był błędem. To Leon był tym własciwym. Leon i jego mała córeczka Dolores, którą pokochała jak własną. Tworzyli teraz taką małą rodzinę. Pomimo problemów, nie poddali się. Choć nadal było ciężko, bo Violetta naprawdę chciała pogodzić się z Natalią, chciała ją przeprosić, choć tak naprawdę nie miała za co, bo nie zrobiła nic złego. Ale zbyt zależało jej na siostrze, by unieść się honorem. Ale ona nie chciała z nią rozmawiać.
Jednak mimo wszystko była szczęśliwa, bo znalazła osobę, z którą chciała spędzić resztę życia i na której jej zależało. Leon pokazał jej jak wygląda prawdziwe życie i jak czerpać z niego to co najlepsze. Kochała go, jak nikogo innego.

Nauczyła się żyć ze świadomością, że ktoś skrzywdził ją w najgorszy możliwy sposób, w jaki można skrzywdzić kobietę. Ale już nie bała się dotyku mężczyzn. Pokochała jednego całym sercem. On zmienił jej życie. Dzięki niemu żyła w miarę normalnie, mogła z mniejszym obrzydzieniem patrzeć na mężczyzn, była odważniejsza. Przy Marco czuła się bezpieczna i nawet, jeśli w nocy czasami budziła się zlana potem, bo przyśnił jej się jakiś koszmar, to wiedziała, że on jest obok i nic jej się nie stanie. Potrafił wtedy przez pół nocy przytulać ją do siebie i powtarzać jak bardzo ją kocha i jak ważna dla niego jest. Scałowywał łzy z jej twarzy i co rusz odgarniał jej włosy za uszy.
Był sensem jej życia i to tylko dla niego je zmieniła. On pokazał jej, że warto, że nie jest sama, że on jest przy niej i jej pomoże, we wszystkim. Wiedziała, że ją kochał, może jeszcze bardziej niż ona jego, jeśli było to możliwe. Ich miłość była najsilniejsza na świecie.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Rozdział dwudziesty pierwszy

Weszła do domu. Już w wiatrołapie dało się słyszeć dudniący na cały regulator telewizor. Zacisnęła zęby, nie chciała się znowu kłócić z siostrą. Ściągnęła buty i rzuciła je w kąt. Ruszyła do salonu.
Natalia siedziała w fotelu naprzeciw telewizora, opierała głowę na ręce i skakała chyba po wszystkich możliwych kanałach. Na widok swojej siostry podniosła się i już chciała wyjść z salonu, ale Violetta chwyciła ją za ramię. - Zaczekaj moment.
- Co chcesz? - mruknęła.
Nie skomentowała tego. Wyciągnęła z torebki średniego rozmiaru rzecz zapakowaną w papier prezentowy w szkocką kratę. Specjalnie poprosiła w sklepie o taki wzór, wiedziała, że jej siostra go uwielbia.
- To dla ciebie - powiedziała podając jej prezent.
Natalia zmarszczyła czoło. - Z jakiej niby okazji?
- Z okazji urodzin - odparła. - Chyba zawsze chciałaś przeczytać tą książkę.
- Coś ci się pomyliło, ja mam urodziny 20 kwietnia.
- Dzisiaj jest 20 kwietnia, Natalia - rzekła. - To dla ciebie - powtórzyła.
Dziewczyna spojrzała na nią uważnie, po czym wzięła od niej prezent. Rozpakowała go ostrożnie i wyjęła ze środka książkę o tytule „Trzy metry nad niebem”. To prawda, zawsze chciała ją przeczytac, ale jakos nigdy nie było do tego okazji. Nie spodziewała się jednak, że dostanie ją od Violetty. Nie spodziewała się również, że jej siostra będzie pamiętała o jej urodzinach.
Nie lubiła obchodzić urodzin. To był dostateczny dowód na to, że czas płynie, ona się starzeje, a nic nie zmienia się na dobre. Wszystko od kilku lat wygląda tak samo; ponura, szara rzeczywistość, którą musiała znosić już dokładnie dwadzieścia trzy lata.
- Em... tak, chciałam ją przeczytać - odpowiedziała po momencie. - I... dziękuję. Że pamiętałaś, i w ogóle.
Violetta uśmiechnęła się. - Naty, tak pomyślałam... może wyjdziemy wieczorem razem do kina, co?
Wahała się przez moment. Szczerze nie chciało jej się wychodzić z domu, wolała posiedzieć na kanapie i pooglądać jakieś łzawe telenowele. Ale... Violka się postarała, więc mimo wszystko, powinna się zgodzić.
- Dobry pomysł - odparła. - O której?
- Sprawdź co grają i wybierz coś, mi obojętnie - uśmiechnęła się.
Odwzajemniła uśmiech.
Tak naprawdę, sama nie wiedziała, dlaczego taka jest. Matka całe życie powtarzała jej, że nie zachowuje się jak dziewczynka, że dziewczynka powinna być delikatna, nie powinna tak warczeć, powinna chodzić w spódniczkach i sukienkach, a nie w spodniach, które przecież są dla chłopców. Cóż, Natalii wcale nie podobało się to „bycie dziewczynką”, poza tym... Violetta świetnie to za nia nadrabiała. Do trzynastego roku życia chyba ani razu nie widziała jej w spodniach, dopiero później zaczęła częściej je zakładać. Ech, no i zawsze była Viola, Violcia, Violunia, taka idealna, dziewczęca, tak pięknie śpiewała, ruszała się, tańczyła, grała na tym pianinie... nikt nie wiedział, że Natalia również bardzo dobrze potrafiła tą sztukę; zawsze kiedy zostawała sama w domu - a zdarzało się to dosyć często - dochodziła do pianina. Uczyła się sama, od podstaw, i podczas gdy Violettę nauczał prywatny nauczyciel, który przychodził do ich domu dwa razy w tygodniu, ona samodzielnie poznawała nuty, pauzy, i wszystko inne.
Nikt nigdy się o tym nie dowiedział.
Ale to nie było tak, że nienawidziła Violetty. Gdzieś tam w głębi serca ją kochała, była w końcu jej siostrą. Tylko po prostu nie potrafiła pokazać tej miłości, bo zagłuszały ją inne uczucia; ból i żal o to, że nie pomogła jej wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Że nic nie widziała.

Chodził nerwowo od ściany do ściany, zaciskając ręce w pięści i próbując utrzymać powieki w górze. Był środek nocy, czego można się było spodziewać. Już zadzwonił do Leona, wiedział, że byłby niesamowicie wściekły, gdyby go nie poinformował o tym co się stało. Już sobie wyobrażał, jak biegnie do domu obok, budzi sąsiadkę i błaga tą starszą panią, by popilnowała jego córki. No, ale czego się nie robi dla przyjaciółki.
Nie wiedział co dzieje się za drzwiami sali, nikt nie chciał mu nic powiedzieć. Pielęgniarki latały w tę i z powrotem, nosiły jakieś pudełka, jakieś stojaki i urządzenia, których nie znał zupełnie.
Dopiero po jakiejś pół godzinie z sali wyszedł lekarz. Podszedł do niego.
- Proszę się o nic nie martwić, opanowaliśmy sytuację - uspokoił go.
- Opanowaliście sytuację? - powtórzył. - A co się z nią stało?
- Gorączka przekroczyła czterdzieści stopni, ciśnienie również wzrosło, sytuacja nie była za ciekawa. Na szczęście wszystko poszło dobrze. Zbijamy gorączkę.
- Co się z nią dzieje? Mogę do niej wejść?
- Pacjentka dostała leki usypiające, jednak jeszcze nie zaczęły one działać. Może pan do niej wejść, jednak tylko na chwilę. Uprzedzam, i tak pana nie pozna, trochę nam majaczy. Do zobaczenia.
Później odszedł, zostawiając go samego. Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Od razu zauważył Camilę leżącą na ostatnim łóżku, zaraz obok okna. Pozostałe dwa zajęte były przez kobiety mniej więcej w tym samym wieku co ona. Przy łóżku jego przyjaciółki krzątała się pielęgniarka, chyba podłączała jakieś kroplówki.
Podszedł bliżej. Kobieta kiwnęła do niego głową i wskazała na krzesło. Usiadł i spojrzał na Camilę; wyglądała strasznie. Jej twarz była blada jak nigdy wcześniej, oczy lekko otwarte, a usta rozchylone. Z czoła lał się pot.
- Czy może pani wyłączyć tę muzykę...? - spytała słabym głosem.
Pielęgniarka spojrzała na nią z czułością. - Oczywiście, już wyłączam. Niech pani odpoczywa.
Chwycił ją za rękę. Chciał, aby na niego spojrzała, jednak ona wcale nie zwracała na niego uwagi. Wpatrywała się tylko przed siebie, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa.
Nigdy się tak o nią nie bał. Zawsze była twardą dziewczyną, rzadko chorowała, a nawet jeśli, to były to zwykłe przeziębienia, katar, kaszel. Niczym nie równało się to z tą dzisiejszą sytuacją.
Po około piętnastu minutach jej głos zaczął cichnąć, oczy powoli się zamykały, jej oddech uspokajał. Chwilę później zasnęła zupełnie. Odpłynęła do krainy, gdzie każdy może być szczęśliwy.
Pocałował ją w dłoń, wstał i opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi. Ledwo przekroczył jego próg, przy nim znalazł się już Leon.
- Co się stało? Co z Camilą? - zasypał go pytaniami.
- Już w porządku - odpowiedział rozcierając oczy. - Teraz śpi. Nic jej nie będzie.
Spojrzał na niego uważnie, jakby chciał z jego twarzy odczytać, czy mówi prawdę.
- Jedziesz do domu? - zapytał po chwili.
Skinął głową. - Przyjadę rano. Ty też jedź. Będę tutaj o koło ósmej, gdyby coś. Na razie.
Później odszedł. Szybkim krokiem wyszedł ze szpitala i wsiadł do samochodu, który wcześniej zostawił otwarty.
Jeszcze jadąc modlił się, by nic się jej nie stało. Nie wybaczyłby sobie tego.
Była w końcu jego królewną.

- Oczywiście, wszystkie nieszczęścia to muszą być skierowane na mnie - mruknęła grzebiąc w papierach i co chwila poprawiając błędy. - Człowiek się stara i chce dobrze, ale złośliwość sprzętów martwych oczywiście... brak słów. Niech sobie ten idiota sam poprawi te papiery. Kiedyś mu coś powiem, nie pozbiera się...
- Słyszę, ze dobrego humoru to ty dzisiaj nie masz. - Drzwi się otworzyły, a do środka weszła blondynka. - Zrobiłam ci kawę. - Postawiła przed nią kubek. - Coś nie tak?
- Wszystko jest nie tak, Ludmiła - mruknęła dziewczyna. - Ty już skończyłaś?
Usiadła na krześle obok niej. - Wszyscy już skończyli. Każą już wychodzić.
- Nie wiem jakim sposobem mam stąd wyjść, skoro to archiwum muszę - podkreśliła - na jutro skończyć i punkt ósma położyć szefowi przed nosem, a akurat wczoraj mój średniowieczny laptop się zepsuł, no a tego stacjonarnego przecież sobie do domu nie wezmę, nie? Tak więc, jak możesz, przejdź się do dyrekcji i poproś ich w moim imieniu, z całego serca... a nie, w sumie to im każ wymyślić coś, żebym tutaj została jeszcze przynajmniej ze trzy godziny, góra pięć.
- Francesca, chyba jesteś niemądra, jeśli myślisz, że kolejny raz ktoś zostanie dla ciebie po godzinach.
- No to co ja mam zrobić? - westchnęła Włoszka. - Ludmiła, muszę to skończyć, po prostu muszę, nie wiem czy to rozumiesz. Szef mnie zabije, jak jutro tego nie dostanie, nie mogę sobie tego olać. I jego nie obchodzi, czy mój laptop działa czy nie; on ma to mieć i koniec kropka, sama powinnaś o tym wiedzieć.
Blondynka przygryzła dolną wargę i zmrużyła oczy patrząc na swoją koleżankę. Chwilę trwało, zanim odpowiedziała.
- Zbieraj się, zrobisz to u mnie. - Podniosła się z krzesła.
Spojrzała na nią zdziwiona. - Że co?
- Przecież wyraźnie mówię. Składaj te wszystkie rzeczy, kartki, pendrivy czy co tam musisz wziąć i jedziemy do mnie. Zostaniesz u mnie na noc, mam duże mieszkanie. No i mam komputer.
Cauviglia patrzyła przez moment na nią bez słowa. Otworzyła usta, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
- Naprawdę? - wykrztusiła w końcu. - Jezu... nie, Ludmiła... Boże, dziękuję! - Wstała i rzuciła się jej na szyję. - Jesteś moim aniołem, dziękuję! Ja nie wiem, jak ci się odwdzięczę.
- Możesz mi oddać swoją kawę.
- Jasne, bierz! - Chwyciła kubek i podała jej go. - A jutro zrobię ci jeszcze jedną kawę. Kupię twoje ulubione ciasto! Murzynek, tak? Wiesz, zrobiłabym sama, no ale nie mam kiedy... wiem! W niedzielę przyjdziesz do mnie, i wtedy ci go upiekę. Przepis mam jeszcze z Włoch, ciotka mi dała - urwała. Podrapała się po głowie. - Chwila. - Jej zapał zgasł. - Pozbieram rzeczy.
- Będę czekać koło samochodu. - Ludmiła udała, że nie zauważyła jej gwałtownej zmiany.
Wiedziała - zresztą, chyba nie tylko ona - że Francesca jest dziwna. Ludzie w firmie za jej plecami obgadywali ją, wymyślali niestworzone rzeczy, a sama Francesca zdawała się o wszystkim wiedzieć, nigdy jednak się nie odezwała. Czasami jednak słysząc brednie na swój temat rzuciła pogardliwe spojrzenie w stronę współpracowników.
Ludmiła zauważyła jej... zupełnie inne zachowanie w stosunku do mężczyzn. Czasami, kiedy któryś z nich niespodziewanie dotknął jej ramienia lub choćby się do niej odezwał, potrafiła odejść, nie obdarzając go ani jednym spojrzeniem. To było co najmniej dziwne.
Dziewczyna chciała się dowiedzieć, co za tym wszystkim się kryje. Nikt w końcu nie zachowywał się tak bez powodu.
- Możemy jechać. - Cauviglia wsiadła do samochodu. - Mam jakiś ograniczony czas?
- Siedź ile chcesz. Ale ja pójdę spać, bo padam z nóg, szef wariował, sama wiesz.
- Wiem. Za dobrze. 

        
         Zapraszam do czytania, mam nadzieję, że się spodoba, kocham <3

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Dodatek pierwszy - Camila

Zanim przeczytacie ten dodatek, chcę o czymś powiedzieć ;)
Akcja rozgrywa się w przeszłości. Powiem tak. Ogólnie na blogu Camila ma 23 lata, Leon 27, a Maxi 25. W tym dodatku Camila ma 14 lat, z czego wynika, że Leon ma 18, Maxi 16. Czyli tak logicznie myśląc, Leon nie mógł chodzić z Camilą do szkoły, bo to zbyt duża różnica wieku. No, ale musiałam ich zrobić tak, żeby jednak chodzili do jednej szkoły, więc... więc tak :D Przymknijcie proszę na to oko ;))
Zapraszam do czytania :) 


         Już kiedy cała szkoła stała i gapiła się jak jej ojciec wyprowadza ją ze szkoły, czuła wstyd. Szła ze spuszczoną głową bojąc się, że ktoś zauważy łzy na jej policzkach.
Jeszcze w samochodzie próbowała się wytłumaczyć, próbowała przeprosić, ale jaj matka kazała jej się zamknąć, więc przestała.
Teraz leżała na zimniej podłodze pod oknem, z kocem naciągniętym na głowę i płakała. Była głupia, wiedziała o tym, to była tylko jej wina.
Ktoś ściągnął jej koc z głowy. Zakryła się rękami. Nie chciała z nikim rozmawiać, nikogo widzieć. Chciała zniknąć i już nie wrócić.
- Mała - To był głos jej przyjaciela. - Spójrz na mnie.
Nie był sam, było ich dwóch. Nie miała odwagi spojrzeć im w oczy. Nie wiedziała co teraz o niej myślą, mogła się jedynie domyślać. Było jej wstyd jak nigdy wcześniej.
Podźwignął ją za ramiona z podłogi i odwrócił w swoją stronę. Nie podniosła głowy. Chwycił ją za podbródek i uniósł go do góry. Tylko przez moment widział jej twarz, bo przysunęła się bliżej i przywarła do niego całym ciałem opierając głowę o jego ramię. Buchnęła głośnym płaczem. Przycisnął ją do siebie i przytulił mocno. - Spokojnie.
Moczyła łzami jego koszulkę. Szlochała całym głosem, uwalniała wszystkie emocje. Maxi posadził ją sobie na kolanach, Leon usiadł obok i odgarnął jej włosy z czoła.
- Camila - powiedział. - Nie płacz już.
Jego słowa jeszcze bardziej spotęgowały jej płacz. Zaczęła krztusić się łzami, kasłać, dusiła się. Z jej gardła wydobywał się głośny szloch. Cierpiała. Oni nie mówili nic. Maxi przytulał ją do siebie, Leon siedział obok. Po prostu byli.
Po jakichś dziesięciu minutach zaczęła się uspokajać. Jej oddech powoli się normował.
- Przepraszam - wykrztusiła. - Przepraszam, ja... przepraszam.
Nie odpowiedzieli.
- Chcesz nam coś powiedzieć?
Pociągnęła nosem i otarła łzy z twarzy.
- Ja nie chciałam - zaczęła. - Już kiedyś powiedział mi, że jeśli go kocham, to... to zrobię to... pójdę z nim do łóżka. - Poczuła, jak Maxi zaciska ręce w pięści. - Ale ja nie chciałam. Nie chciałam, mówiłam, że to za wcześnie. Powiedział, że rozumie. Ale... chciał te zdjęcia. Prosił o nie, powiedział, że one będą tylko dla niego, że nikt inny ich nie zobaczy. Obiecywał, że nikomu ich nie pokaże, że... - Głos łamał jej się coraz bardziej. - Okłamał mnie. To było tak dawno, ja zapomniałam, że on ma te zdjęcia. Wczoraj z nim zerwałam, nie pomyślałam, że on... że on może...
Ponownie zaniosła się głośnym płaczem.
- Spójrz na mnie.
Pokręciła przecząco głową. - Nie mogę.
- Dlaczego?
Przełknęła wielką gulę w gardle. - Nie umiem spojrzeć wam w oczy. Wiem co o mnie myślicie... że wysyłam chłopakom swoje nagie zdjęcia, że jestem...
- Przestań - odezwał się Leon. - Jesteśmy przyjaciółmi. Nie myślimy tak. Popełniłaś błąd i niestety musisz ponieść tego konsekwencje, ale to jego wina, nie twoja. On opublikował te zdjęcia, i on teraz pożałuje. Nie był ciebie wart. Możesz mieć kogoś o wiele lepszego.
Pierwszy raz podniosła głowę i spojrzała na niego zapłakanymi oczami. - Teraz? Ja się ludziom na oczy nie pokażę. Nie wrócę do szkoły. Nie ma takiej opcji. Zapadnę się po ziemię.
- Dobrze wiesz, że i tak wrócisz.
- Nie. - Poderwała się gwałtownie na nogi. Zaczęła się trząść, jej oddech przyśpieszył. - Nie wrócę. Nie wrócę tam, słyszycie?
Leon chwycił ją za ramiona. - Jasne. Nie wrócisz. - Posadził ją na łóżku. - Uspokój się. Spokojnie.
Przyłożyła rękę do twarzy. Pociągnęła nosem. Zacisnęła palce na dłoni Leona. - To się nie dzieje naprawdę...
Zakryła twarz dłońmi. Odchrząknęła. Pociągnęła nosem.
- Tata powiedział, że... że jestem najgorszą córką na świecie. Mama powiedziała, że nigdy nie było jej tak wstyd. Zabrali mi telefon i komputer i zabronili mi wychodzić z domu. Mama mówi, że sobie zasłużyłam... że zachowałam się jak szmata i...
- Nie mów tak - przerwał jej Maxi. - Twoja matka nie wie jak to jest. Po prostu jesteś naiwna, zbyt łatwowierna. Zaufałaś temu idiocie, chociaż cię przed nim ostrzegaliśmy. Ale masz dopiero czternaście lat, każdy popełnia błędy.
- A jak ja teraz wyglądam w oczach ludzi? - Jej głos kolejny raz się złamał. - Co oni o mnie myślą?
- Ludzie zapomną.
- Ale oni nie. - Przytuliła się do niego. - Mama nawet do mnie nie przyszła, nie porozmawiała. Ja jej nie obchodzę, ona ma mnie gdzieś, liczy się tylko to, że zepsułam ich reputację... - Przerwała na moment. - Powiedzcie mi, że nie wiedzieliście tych zdjęć...
Trudno było ich nie widzieć. Poprzedniego wieczoru wszscy mieli już jej roznegliżowane zdjęcia - przynajmniej nikt nie był na tyle głupi, by wrzucić je do internetu - a z samego rana były one tematem numer jeden z szkole.
- Widzieliśmy - odezwał się Maxi.
Jęknęła głośno. Nigdy tak bardzo się nie wstydziła. Nigdy nie czuła się tak głupio. Świadomość, że cała szkoła - nawet dwójka jej najlepszych przyjaciół - widziała jej nagie zdjęcia, była przygnębiająca.
- Nie jęcz już. - Leon odsunął ją od siebie. Przetarł rękawem jej oczy. - I nie maż się. Wszystko będzie dobrze, ale nie możesz teraz leżeć tutaj i płakać. Musisz wziąć się w garść. Jesteś silną dziewczyną, nie pozwól, żebyś przez jakiegoś debila popadła w depresję. On jeszcze pożałuje, że to zrobił, policja już go zgarnęła, o nic się nie bój. - Uciszył ją gestem ręki, kiedy chciała coś powiedzieć. - I nie myśl, że uważamy cię za nie wiadomo kogo. Jesteś naszą przyjaciółką, kochamy cię, i nie zmienimy zdania o tobie przez jakieś głupie zdjęcia. Gdyby nie on, nic takiego by się nie wydarzyło.
- Jesteś wspaniałą dziewczyną - Maxi klęknął przed nią na podłodze - i nie możesz tego zmienić, ze względu na jakiegoś pacana, który wkopał teraz sam siebie. Ludzie w szkole pogadają, a później to ucichnie. Nie ty pierwsza i nie ostatnia zrobiłaś sobie takie zdjęcia. - Wyjął z kieszeni chusteczkę i podał jej ją. - Pamiętaj, że jesteśmy z tobą. A teraz przestań ryczeć, jasne?
Pokiwała powoli głową; nie chciała się z nimi kłócić. Nie dało się ich złamać. Cóż, ona w końcu była tylko dziewczyną, oni chłopakami, w dodatku starszymi, no i mieli tą cholerną rację.

Dzień za dniem przemija;i przemija czas a z tym czasem ja i moje marzenia:
tak bardzo chciałabym być tam gdzie ten czas nie ucieka
ale to tylko marzenia, moje marzenia:
a więc idę z tym czasem a dookoła pustka a w tej pustce ja i moje marzenia.”

Choćby nie wiadomo jak bardzo się starała, nie mogła o tym zapomnieć. Świadomość, że w szkole ma teraz opinię puszczalskiej, choć wcale taka nie była, dołowała ją. Nie mogła o tym myśleć, to było silniejsze od niej.
Już prawie połknęła te kilka tabletek, które zdecydowała się zażyć. Niedługo straciłaby przytomność, a na końcu zupełnie zasnęła. Na jej nieszczęście do łazienki wparowała jej matka. W ostatniej chwili chwyciła ją za włosy i pociągnęła nią.
- Wypluj to. - Podsunęła jej rękę pod usta. Potrząsnęła nią. - Camila, wypluj to!
Nie mając wyboru, posłuchała jej. Ledwie zwróciła tabletki, jej matka puściła ją. Zaraz jednak poczuła bardzo mocne uderzenie, a jego siła odrzuciła ją do tyłu.
- Nie rób z siebie ofiary, moja droga, bo sama sobie na to zasłużyłaś. - Usłyszała zimny jak lód głos mamy. - Wychodzimy z ojcem, doprowadź się do porządku.
Później wyszła z łazienki, zostawiając ją samą.
Wybuchnęła płaczem.
Jej matka nie była dobrym człowiekiem. Nie interesowała się nią. Nie przyszła do niej, nie porozmawiała z nią, nie przytuliła jej. Potrafiła tylko na nią nawrzeszczeć, zarzucić jej, że zniszczyła całą reputację na jaką z ojcem sobie zapracowali. Po części może i miała rację. Ale przecież Camila była tylko człowiekiem, jak każdy popełniała błędy. Jej rodzice powinni ją zrozumieć. Chociaż trochę.
Dźwignęła się na nogi. Nadal się chwiejąc, doszła do telefonu stacjonarnego. Wybrała numer. Po chwili w słuchawce usłyszała głos Leona.
- Leon, przyjedź, proszę cię - załkała cicho.
- Camila? Wszystko w porządku? - W jego głosie słychać było niepokój.
- Ja już nie dam rady, Leon, błagam, przyjedź...
- Będę za pięć minut. Nie odkładaj słuchawki. Masz cały czas coś mówić, słyszysz?
Słyszała, ale go nie posłuchała. Nie odpowiedziała mu już, mimo że cały czas ją o to prosił. Płakała jednak na tyle głośno by wiedział, że nic jej nie jest. Nic, prócz tego wszystkiego.
Po chwili usłyszała sygnał zakończonego połączenia. Słuchawka wypadła jej z ręki a ona osunęła się po ścianie na dół, w tym samym czasie drzwi frontowe otworzyły się.
- Camila. - Chłopak kucnął obok niej. Podniósł jej głowę. Spojrzał jej w oczy. - Cami, co się dzieje?
Chwyciła go za ramię i zacisnęła na nim swoje palce. - Ona mnie nienawidzi - powiedziała. - Nie kocha mnie. Nie liczę się dla niej.
- Nie mów tak. - Ujął jej twarz w dłonie. - Kocha cię, kocha cię najbardziej na świecie, jesteś jej córką. Musisz dać jej czas.
Załkała. - Ona... uderzyła mnie. Powiedziała, że sobie zasłużyłam. Leon, dlaczego...
- Jej też jest ciężko - przerwał jej. Przyciągnął ją do siebie ramieniem. - Ty nie jesteś niczemu winna, rozumiesz mnie? - Dotknął dłonią jej policzka, który nadal lekko pulsował z bólu. - Pamiętaj, że jesteśmy z tobą. Nie zostawimy cię samej, jasne? Zawsze będziemy. A teraz - Wstał na nogi, chwycił ją za rękę i pociągnął do góry - masz mi obiecać, że się nie dasz. Nie będziesz chciała zrobić nic głupiego. Nie weźmiesz żadnych tabletek, ani prochów, tak? A w poniedziałek pójdziesz do szkoły.
Otarła oczy rękawem bluzy i pokiwała powoli głową. Pociągnęła nosem. - Zostaniesz?
Wiedziała, że ma najlepszych przyjaciół na świecie, i nigdy nie zamieniłaby ich na nic innego. Nie była sama - była z nimi. Byli od zawsze. I będą do końca. Na wieki.

- Moja mama chce z tobą rozmawiać - przygryzła wargę i podała mu jego własną komórkę.
Przyłożył ją do ucha. - Pani Torres? - Przez chwilę milczał, słuchając kobiety po drugiej stronie. - Oczywiście. Tak, cały czas będziemy jej pilnować. Niech się pani o nic nie boi. Jasne, pod same drzwi. Punkt osiemnasta. Do zobaczenia.
Schował telefon do kieszeni. - No dziękuj swojemu wybawcy.
Uśmiechnęła się. - Dziękuję. Ale mamy tylko godzinę, więc się pośpieszmy.

Wpatrywała się jak zaczarowana w kilka motocyklów sunących jeden za drugim po torze. Jej usta były lekko otwarte, a oczy wodziły wkoło.
- Zawsze chciałam tutaj przyjść.
Usłyszała gwizd, a mężczyzna w czerwonym stroju podniósł do góry czarną tablicę. Motocykle zwolniły i zjechały z toru.
- Wpuszczają tam dziewczyny? - spytała.
- Przecież dobrze widzisz stąd - odparł stojący obok niej Maxi.
- Ale ja nie chcę patrzeć. Ja chcę jeździć.
Spojrzał na nią jak na idiotkę. - Camila, dobrze ty się czujesz?
Odwróciła się do niego. - Ja? Tak, dlaczego pytasz?
- Chyba jesteś głupia, jeśli sądzisz, że twoi rodzice pozwolą ci wsiąść na tą maszynę.
- A kto powiedział, że będę ich pytać o zdanie?
Minęła chwila, podczas której milczał. W końcu otrząsnął się.
- Idziemy stąd, bo jeszcze coś strzeli ci do głowy. Za dziesięć minut masz być w domu.

Ty znasz to uczucie kiedy siadasz na maszynę,
serce mocniej bije, wiem dla kogo żyję
na początku każdy zaczynał od zera,
i wspinał się w górę, silniki docierał,
nie ważne czy słońce, czy pada deszcz,
zakładasz kask i lecisz gdzie chcesz”
~ Lwg - Kwś ~

I stało się to dla niej ucieczką. Odskocznią od problemów. Przychodziła tam codziennie. Przez jakiś czas tylko obserwowała. Później zapytała, czy może podejść bliżej. Pozwolili jej.
Dwa miesiące później pierwszy raz wsiadła na motor.
Miała wtedy czternaście lat.
Kierował siedemnastoletni syn właściciela toru. Trzymała się go mocno i jechali, a ona czuła, że żyje.
Miesiąc później kierowała już sama.
Podpisała specjalny formularz. Miała podpis rodziców. Fałszywy, bo oni nie mogli się o tym dowiedzieć. Dokładnie to ukrywała. Przydzielono ją do drużyny początkującej. Była jedyną dziewczyną na torze.
I tak się to ciągnęło. Pokochała to. Uwielbiała czuć tą adrenalinę. Ale wiedziała, że robi źle, bo kłamała.
I mimo wszystko, któregoś dnia pomyślała, że dobrze się stało, że jej były chłopak opublikował tamte zdjęcia. Najadła się wstydu jak nigdy wcześniej - to prawda. Ale gdyby nie to, to nigdy by tutaj nie trafiła. Nigdy nie wsiadłaby na motor, nigdy nie odkryłaby swojej pasji.
Rodzice dowiedzieli się dopiero kiedy skończyła osiemnaście lat. Przedstawiła ich przed faktem dokonanym. Nie mogli nic zrobić, była już pełnoletnia.
Od tej pory jej życie obróciło się do góry nogami.
W końcu była szczęśliwa. 

 
Jest i dodatek z Camilą - no, tak sobie wymyśliłam. Kolejny będzie z Francescą, ale to za jakiś czas. Na razie zapraszam do czytania. Rozdział 21 już niedługo ;)

czwartek, 11 grudnia 2014

Rozdział dwudziesty

- Natalia, wyłaź z łazienki! - Walnęła pięścią w drzwi. - Muszę wyjść, rozumiesz, czy nie?
Dziewczyna zakręciła wodę. - Nie obchodzi mnie to, umyj się w zlewie.
Usiadła na podłodze i oparła głowę o ścianę. Tak, była wredna. I to bardzo. Specjalnie zajęła Violettcie łazienkę. Wiedziała, że jej siostra musi gdzieś pilnie wyjść. Nie wiedziała gdzie - na pewno do tego całego Lorenzo. Ale, jakby jej się zdawało, że wspominała coś o rozmowie kwalifikacyjnej... trudno, ludzie żyją bez łazienek i mają pracę, ona też sobie poradzi.
- Natalia! - Uderzyła jeszcze raz. - To, że jesteś zła, wcale nie znaczy, że przez ciebie mam się spóźnić!
- Jeśli masz jakiś problem ze sobą, to już nie moja sprawa. A jak tak bardzo się śpieszysz, to nie stój pod tymi drzwiami, bo i tak ci nie otworzę, tracisz tylko czas.
- Zachowujesz się jak dziecko.
- Być może, ale wcale nie gorzej od ciebie. Przypominam, czas płynie.
Zdenerwowana Violetta krzyknęła głośno i jeszcze raz kopnęła w drzwi. Czuła łzy wściekłości i bezradności zbierające się w jej oczach.
Kochała swoją siostrę, i to bardzo, ale nie rozumiała jej zachowania. Przecież nigdy nie zrobiła nic, aby ją skrzywdzić, nigdy nawet o tym nie pomyślała. Ale Natalia jakby się zaparła, nie chciała rozmawiac, nie chciała wyjaśnić, dlaczego tak bardzo jej nienawidzi. Bo Violetta czuła tą nienawiść, która rosła, mimo jej starań, aby wszystko naprawić.
Ostatnimi dniami Natalia stała się jeszcze bardziej zamknięta w sobie. Zresztą, było to chyba zaraz po tym, jak nakryła ją i Lorenzo na podłodze, w salonie. Ale przecież to nie była jej wina, jej siostry miało nie być w domu, poza tym, czy robiła coś zakazanego? Oczywiście, że nie, była już dorosła i mogła robić ze swoim chłopakiem co tylko chciała. To nie była sprawa Naty.
W pewnym momencie drzwi otworzyły się, a brunetka wyszła ze środka. Spojrzała na nią jak na idiotkę.
- Poryczałaś się? - zapytała, niby obojętnym tonem, choć w jej głosie dało się słyszeć zaniepokojenie. - Nie przesadzaj. Już przestałaś się śpieszyć na spotkanie ze swoim lovelaskiem?
Violetta spojrzała na nią gniewnie.
- Nie wychodzę z Lorenzo, dla twojej wiadomości. I nie poryczałam się, po prostu coś wpadło mi do oka. Zresztą, po co ja się przed tobą tłumaczę? Przesuń się, bo zaraz naprawdę się spóźnię.
Przecisnęła się obok niej, przy okazji trącając ją ramieniem.
Chciała dobrze. Dziś była ta długo wyczekiwana środa, urodziny Natalii. Planowała wyjść na miasto, od razu po pracy, żeby zdążyć przed zamknięciem sklepów, ale oczywiście jej siostra musiała zrobić jej na złość. Szkoda tylko, że nie miała pojęcia, że to właśnie dla niej się tak śpieszy. Smutne, ale prawdziwe.
Stojąc przed lustrem, w pośpiechu nakładała na twarz podkład, który powinien ukryć wory pod jej oczami.
W tym samym czasie, na przedpokoju, Natalia również wpatrywała się w lustro. Stała w bezruchu. Przyglądała się swoim tłustym włosom, które myła ostatnio jakieś cztery dni temu. Nie przejmowała się swoim wyglądem, nie miała dla kogo, a dla siebie... powiedzmy, że ją nie obchodziło to, czy ma jasne, czy ciemne brwi, czy nie skleiły jej się rzęsy lub zmazały usta. Dopóki jej twarz nie pokazywała oznak zupełnego zmęczenia życiem i problemami, które widziała tylko ona, dopóty było dobrze.
Usłyszała dzwonek do drzwi. Jęknęła głośno - nienawidziła tego. Nie miała ochoty oglądać innych ludzi. Była odludkiem. Taka prawda. Odgarnęła włosy na jedną stronę i powolnym krokiem ruszyła w kierunku drzwi.
- W czym mogę pomóc? - mruknęła, otwierając je.
Za progiem stał średniego wzrostu chłopak. Ubrany był w niebieski dres, w ręce trzymał garść ulotek. Uśmiechał się.
- Dzień dobry - przywitał się. - Chciałem poinformować panią o przesłuchaniach do szkoły tanecznej Tu tambien. Zapraszamy wszystkich do osiemnastego roku życia.
Wyciągnął do niej rękę z ulotką.
- Niestety, mam więcej niż osiemnaście lat - odparła sucho. Denerwowali ją tacy ludzie. Jakby ona nie miała nic innego do roboty, prócz tańca. No, w sumie, to naprawdę nie miała.
Chłopak nie przestawał się uśmiechać.
- To może ma pani jakiegoś młodszego kolegę lub zna pani kogoś, kto chciałby wziąć udział w castingu? Do naszej szkoły można zgłaszać dzieci już od czterech lat, mamy specjalne gru...
- Szanowny panie - przerwała mu zdenerwowana. - Nie znam nikogo, kto chciałby marnować czas na jakieś głupie tańce, nie interesuje mnie to, czy to jasne?
Mężczyzna spojrzał na nią uważnie. - Oczywiście, rozumiem. Mogłaby pani jednak być trochę bardziej uprzejma.
- Mógłby pan nie zawracać mi głowy - odburknęła.
Zatrzymał na niej wzrok trochę dłużej i zmrużył oczy. - Czy ja pani już gdzieś nie widziałem?
- Mieszkamy w jednym mieście, jakby nie było.
- Mówię poważnie. Czy to nie pani pytała mnie jakieś dwa tygodnie o drogę do sklepu?
Przyjrzała mu się uważnie.
Całkiem możliwe. Z tego, co pamiętała jednak, wtedy miał on na głowie jeszcze taką bardzo jaskrawą czapkę. Nakrycie głowy bardzo zmienia wygląd.
- Może i tak. Co w związku z tym?
- Ależ nic. Po prostu wtedy wydawała się pani dużo bardziej sympatyczna.
Zacisnęła zęby. - To wszystko?
- Oczywiście. Do widzenia.
- Do widzenia.
Zamknęła drzwi, nawet nie czekając, aż odejdzie. Prychnęła ze złością.
Szczęśliwi ludzie irytowali ją, choć to było głupie. Nie rozumiała, dlaczego oni chodzą po ulicach tego Buenos tacy uśmiechnięci, a ona każdego dnia przeżywa duchową katorgę. Już od dziecka. Do dziś.

Ja: Wytłumaczysz mi, jak można o godzinie 22 siedzieć w robocie?
Debil: Nie narzekam na swoją pracę, jakbyś nie wiedziała.
Ja: Normalni ludzie wymyślają coś, żeby wyjść przed czasem, a ty siedzisz tam z własnej woli trzy godziny po skończeniu zajęć.
Debil: Nie chce mi się wracać do domu, daj już spokój.
Debil: Camila
Debil: Cami
Debil: Jesteś tam?
Debil: Camila, odezwij się, do cholery!
Ja: No jestem, spokojnie
Debil: Gdzie byłaś?
Ja: Nigdzie, siedziałam tu cały czas.
Debil: To czemu nie odpisywałaś?
Ja: Głowa mnie boli.
Debil: Jak co miesiąc?
Ja: Nie żartuj sobie.
Debil: Nie mam racji?
Ja: Nie mam okresu, jeśli o to ci chodzi. Po prostu boli mnie głowa.
Debil: Od czego?
Ja: Maxi, nie zadawaj głupich pytań, nie mogę myśleć.
Debil: Weź jakąś tabletkę.
Ja: Nie mam żadnej, idioto, przeszukałam już wszystkie szafki.
Debil: Za pięć minut się zbieram, podjadę do apteki czy gdzieś, kupię i podrzucę ci.
Ja: Jesteś moim bogiem.
Debil: Spójrz na swoją wcześniejszą wiadomość. Nazwałaś mnie idiotą.
Ja: Jesteś dwa w jednym, tylko ty tak umiesz.
Debil: Jak boli cię głowa, to nie siedź na tym komputerze, bo od tego boli bardziej, tylko połóż się i czekaj.
Ja: Dobra, dobra.
Debil: Dziesięć minut.
Ja: Poczekaj!
Debil: Na co?
Ja: Weź jakieś lepsze te tabletki i najlepiej dwa opakowania. Jakieś mocne przeciwbólowe.
Debil: Źle się czujesz?
Ja: Po prostu kup te tabletki, nie martw się, oddam ci za nie.
Debil: Czy myślisz, że ja w tym momencie przejmuję się kasą?
Ja: Nic nie myślę, nie mogę myśleć. Błagam, pośpiesz się.
Debil: Już wychodzę, a ty w tym momencie wyłączaj ten komputer.

Nie odpisała mu już. Zamknęła laptopa, nawet go nie wyłączając. Westchnęła głośno i położyła się na sofie, przyciskając rękę do czoła.
Głowa pulsowała jej okropnym bólem. Czuła również, jakby jakieś szpilki wbijały jej się w brzuch. Zaniosła się głośnym kaszlem, co jeszcze bardziej spotęgowało ból jej głowy.
Kiedy dziesięć minut później rozległo się pukanie do drzwi, z trudem podniosła się z kanapy. Stanęła na nogi i wolnym krokiem ruszyła do wiatrołapu.
- No idę już, idę! - zawołała, kiedy walenie powtórzyło się.
Przekręciła klucz w zamku i nacisnęła klamkę. Nie obdarzając wchodzącego do środka Maxiego ani jednym spojrzeniem, wycofała się z powrotem do salonu.
- Co się dzieje? - spytał, wchodząc do pomieszczenia i mierząc ją uważnie wzrokiem.
- Źle się czuję - mruknęła zakrywając twarz poduszką.
Podszedł do niej i ukucnął obok. Przyłożył jej rękę do czoła. - Ale nie masz gorączki. Mówiłem ci, żebyś się ubierała, jak wychodzisz o godzinie dziesiątej wieczorem z toru, ale ty oczywiście wiesz lepiej.
- Daj spokój.
- Taka prawda. - Wyciągnął z kieszeni pudełko tabletek. Wyjął jedną ze środka. - Trzymaj.
Podniosła się na łokciu i wzięła ją od niego. Połknęła ją, i ponownie opadła na poduszki.
- Pójdę chyba się położyć - odezwała się po chwili. - Zostajesz?
- Skończę remixować podkłady na zajęcia i się zbieram. Idź do łóżka, zamknę później dom.
Pomógł jej wstać. Jeszcze raz sprawdził, czy na pewno nie ma gorączki.
Poszła na górę. Weszła do swojej sypialni i dosłownie rzuciła się na swoje łóżko. Naciągnęła kołdrę na głowę, a po chwili zasnęła, mimo tego okropnego, a zarazem dziwnego bólu, który ogarniał dosłownie całe jej ciało.
Na dole, całkiem niedługo później, ciemny salon rozświetlał obraz telewizora stojącego pod ścianą. I ekran komputera. Wpatrywał się w niego ze znudzeniem, mając już po dziurki w nosie widoku programu do przerabiania muzyki i jej dźwięku, który docierał do jego uszu.
Oparł głowę o rękę i westchnął głęboko.
Martwił się o swoją przyjaciółkę. Martwił się o Camilę. Ta dziewczyna w ostatnich dniach dużo przeszła... naprawdę dużo. Podziwiał ją, że jeszcze się trzymała, ale było z nią coraz gorzej. Zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym. W środku stawała się coraz słabsza, coraz częściej miewała chwile załamania. Z zewnątrz również było z nią bardzo źle. Camila zawsze często chorowała, od dziecka, ale w ostatnim czasie coraz bardziej się to nasiliło. Tak samo jak teraz - uporczywy, cholernie mocny ból głowy rozpierał jej czaszkę, a ona nie mogła zrobić nic prócz zażycia jakichś beznadziejnych tabletek przeciwbólowych. Specjalnie dla niej wziął sobie wolne w pracy na kolejny dzień; chciał być przy niej. Cóż, była jego małą księżniczką i chciał dla niej jak najlepiej, a przecież nie mógł zostawić jej samej w takim stanie.
Jego głębokie rozmyślania przerwał krzyk. Krzyk tak głośny i przerażający, że na moment serce mu stanęło, po momencie jednak odzyskał władzę na sobą, zerwał się z kanapy i pognał po schodach na górę.
Wpadł do jej pokoju. Leżała na łóżku; spała. Musiało śnić się coś naprawdę koszmarnego, skoro wrzeszczała przez sen. Rzucała się w pościeli, włosy poplątały jej się, jej twarz była blada jak nigdy wcześniej.
Podbiegł do niej i usiadł na skraju jej posłania. Chwycił ją za ramiona i podniósł ją do góry. Próbował ją obudzić, chciał, aby przestała krzyczeć. Klepał ją lekko po policzkach, wiedząc, że to zawsze pomagało - tym razem jednak pozostawało bez odzewu. Przyłożył rękę do jej czoła, cofnął ją jednak natychmiast; jakby się poparzył. Była rozpalona, jak jeszcze nigdy. Otarł jej pot z twarzy, jednocześnie chwytając leżący obok łóżka elektroniczny termometr teraz to jego przykładając do jej czoła.
Zdrętwiał, kiedy zobaczył trzy cyfry na wyświetlaczu. 39,9.
Podniosła gwałtownie powieki, zachłysnęła się powietrzem. Próbował ją uspokoić, mówił do niej, ale ona nie reagowała, jakby w ogóle nie było z nią kontaktu. Jej ciemnobrązowe oczy teraz nie wyrażały kompletnie nic, widział tylko pustkę.
Nie zastanawiał się długo. Chwycił ją na ręce i jak najszybciej zbiegł na dół, złapał do ręki kluczyki od samochodu, telefon i wybiegł z domu.
Położył ją na tylnym siedzeniu samochodu modląc się, by nic się jej nie stało. Przekonywał siebie, że nie takie gorączki ludzie mieli, i przecież nadal żyją. Ale Camila była najważniejsza, teraz chodziło o nią.
Droga do szpitala dłużyła się niemiłosiernie i w pewnym momencie zaczął żałować, że nie zadzwonił po karetkę - na pewno przyjechaliby szybciej.
Kiedy w końcu zatrzymał się na parkingu przed budynkiem szpitala, serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Wysiadł z samochodu, trzasnął drzwiczkami i otworzył te od strony Camili. Wyciągnął ją ze środka.
Oczy miała przymknięte, usta lekko otwarte, a z czoła spływał jej pot. Ubrana była tylko w krótkie spodenki i jaskrawozieloną, dużą koszulkę sięgającą jej do połowy ud, a w rękach do łokci. Powietrze było chłodne, Maxi w pierwszym momencie wystraszył się, że może się przeziębić, po chwili jednak biegł już jak szalony w stronę wejścia do szpitala.
O tej porze był on praktycznie pusty. Wbiegł na izbę przyjęć. Recepcjonistka stojąca za ladą spojrzała od razu na niego, po chwili stała już obok. Ktoś zawołał lekarza, zjawił się po chwili. Pielęgniarki przywiozły łóżko, kazali mu ją na nim położyć. Zrobił to, choć tak naprawdę wolał jej nie wypuszczać ze swoich ramion, ale wiedział, że oni jej pomogą, że nie będzie tak bardzo cierpieć.

- Samolot do Argentyny startuje jutro o dziesiątej rano, na odprawie musisz być dwie godziny wcześniej. Jeśli nie masz dojazdu na lotnisko, to, na obrzeżach Paryża, to powiedz, załatwię ci coś.
- W porządku, poradzę sobie - odparł.
- Wyślę ci e - mailem adres hotelu, w którym się zatrzymasz, to praktycznie centrum Buenos Aires, niedaleko całkiem niezłej agencji fotograficznej, będziesz mógł ich trochę podpatrzeć. Rezerwacja pokoju jest na mnie, dostaniesz jej numer. Jutro masz dzień wolny, później weekend, a od poniedziałku możesz zaczynać. Wszelkie niezbędne informacje również wyślę ci mailem. Wszystko jasne?
- Jak słońce.
Kilka minut później mężczyzna skończył nawijać o tym, jak bardzo jest mu wdzięczny, jak dumny jest z tego, że tak doskonale daje sobie radę. Doskonale wiedział, że mówi tak tylko, bo tak pasuje. W końcu Broduey odwalał właśnie dosyć ciężką robotę.
Rzucił telefon na łóżko, a sam położył się na nim. Wziął do ręki plik zdjęć.
Zaczął je przeglądać.
Były to fotografie młodej Francuzki, która na początku wydawała się być dobrą kandydatką na potencjalną modelkę. Spotkał ją w sklepie, gdzie pracowała jako ekspedientka. Zaproponował ją małą sesję. Jednak nie był zadowolony z efektu. Ta kobieta po prostu się do tego nie nadawała. Grzecznie jej to wytłumaczył, co ona przyjęła zadziwiająco spokojnie. Nie była sztuczna, wręcz przeciwnie - w miarę naturalna. Ale on nie szukał jej. Szukał kogoś innego. Kogoś wyjątkowego, o innej urodzie, delikatnej, a jednocześnie... stanowczej. Stanowcza uroda. Wariował. Ale właśnie o to chodziło. Dziewczyna - lub może mężczyzna, czy jakieś zwierzę, kto wie - miała mieć w sobie to coś, czego brakowało właśnie tej Francuze o wdzięcznym imieniu Caroline.
Mimowolnie, przed oczami stanął mu obraz dziewczyny, która wpadła do niego w ciągu jednego z ostatnich dni pobytu we Francji. Przypominał sobie jej zapłakane oczy, i zastanawiał się, co sprawiło, że te łzy jednak musiały się w nich pojawić. Nienawidził patrzyć na płaczące kobiety. Czuł się wtedy winny, że nie może nic zrobić. Czuł w sercu coś dziwnego. Ciężko było widzieć cierpienie płci pięknej. W końcu one zasłużyły na wszystko co najlepsze.
Argentyna. Był tam już kilka razy, ale niedługo. Spędzał tam tydzień, czasami dwa. Piękny kraj. Mimo, że w Buenos Aires nie był nigdy. Teraz jednak miał to szczęście, że jechał właśnie do stolicy Argentyny.
I dopiero po momencie dotarło do niego, że dziewczyna, którą spotkał tamtego dnia na ulicy, była Argentynką. Mówiła po hiszpańsku. Chociaż... mogła być Hiszpanką i mówić z latynoskim akcentem. Ale mogła równie dobrze pochodzić właśnie z Argentyny.
Miał głupią nadzieję, że gdzieś ją tam spotka. Ale... przecież Argentyna była wielka, ona nie musiała wcale mieszkać w Buenos Aires, a nawet jeśli tak, to... przecież ono też jest wielkie. A jeśli była Argentynką, ale wcale tam nie mieszkała? Może zamieszkiwała na stałe Włochy, Grecję, czy jeszcze jakiś inny kraj?
Zganił się w myślach za to, że myśli o kobiecie, której imienia nawet nie zna. I zapewne nie pozna, bo nigdy jej nie spotka.
Nie zdawał sobie chyba jednak sprawy, jak świat jest mały.


Wiem, że długo nie było rozdziału. Prawie dwa miesiące. Ale wiecie, miałam moment, że chciałam zrezygnować z tego bloga. Między innymi przez hejty, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. No, ale zostawmy ten temat w spokoju.
Mam nadzieję, że wam się spodoba, pisany dzisiaj, na szybko, bo chciałam wstawić. Jakąś godzinę temu na drugim blogu pojawił się part o Bromili, na który serdecznie zapraszam :) I zapraszam też do komentowania. Zarówno tutaj, jak i tam.
Tym razem nie daję limitu komentarzy. Ale proszę was, postarajcie się. Pokażcie, że mam dla kogo pisać. Bardzo was o to proszę.
Kocham was <3

poniedziałek, 13 października 2014

Rozdział dziewiętnasty

Oparł się o barierkę i spojrzał na nią uważnie. - Którego palisz?
Wypuściła dym z ust i przetarła oczy ręką.
- Drugą paczkę.
- Bardzo śmieszne. Skąd ty je w ogóle masz?
Odwróciła się, oparła plecami o barierkę i zjechała po niej na dół. Nie odpowiedziała. No prawda była taka, że papierosów miała multum, a wszystkie pochowane gdzieś w szafkach z ubraniami. Czasami po prostu lubiła sobie zapalić, szczególnie, kiedy była zdenerwowana. Ostatnio robiła to, kiedy po wypadku wszyscy zabraniali jej wsiąść na motor. Oczywiście, chyba wszyscy by się cieszyli gdyby zachowała się tak samo po tym, co wydarzyło się między nią a jej rodzicami w Paryżu. Ale ona nie wiedziała co w nią wstąpiło. Nie miała pojęcia, kim stała się na te kilkanaście minut, które chyba ktoś wyjął z jej życia - bo nic nie pamiętała. Wiedziała tylko tyle, ile wyjawił jej Maximiliano, zanim na nią nawrzeszczał i wyszedł z jej domu trzaskając drzwiami. Na szczęście nie musiała zostawać sama; Leon był na tyle dobry, że zaoferował, że zostanie z nią. W głębi duszy była mu wdzięczna.
- To powiesz mi, co się stało? - spytał.
Spojrzała na niego, w tym samym momencie zakrztusiła się dymem z papierosa. Odkaszlnęła i oparła głowę o barierkę. Leon usiadł obok niej.
- Oni są nienormalni - szepnęła.
Nie odezwał się, czekał, aż kontynuuje swoją wypowiedź. Zgasiła papierosa i zrzuciła go z balkonu na trawę.
- Nigdy nie dadzą mi spokoju - ciągnęła. - Zawsze będą wytykać mi to, że nie jestem lekarzem, że interesuje mnie zupełnie co innego. Chore ambicje zupełnie przesłoniły im rzeczywisty świat. Leon... to nie są ludzie, których znałam. Wychowały mnie zupełnie inne osoby. - Przymknęła oczy. Nie płakała. Nie miała dlaczego płakać, to i tak by nic nie dało. Chciała być silna, obiecała sobie, że nie wyleje już żadnej łzy z ich powodu. Nie są tego warci. - Szkoła medyczna. W Paryżu. Okłamali mnie. Powiedzieli, że zabierają mnie w wyjątkowe miejsce, że na pewno mi się spodoba. Później nie chcieli mnie stamtąd wypuścić, powiedzieli, że jeśli wyjdę, to już mogę nie wracać, bo już nie będę ich córką.
Pokiwał powoli głową.
Rodzice Camili byli trochę porywczy, wybuchowi, fakt faktem. Ale nie sądził, że mogliby zrobić coś takiego. Miał świadomość, że najbardziej chcieli, aby ich córka została znanym lekarzem, aby ratowała życia - tymczasem ona narażała swoje własne - ale to chyba była już przesada. Nie zachowywali się jak dorośli ludzie.
- I wyszłaś?
- Poszłam prosto do domu, spakowałam się. Spotkałam ich przy drzwiach, namawiali mnie, żebym została, ale ja ich nie słuchałam. Znalazłam lotnisko, kupiłam bilet na najbliższy samolot i odleciałam stamtąd. - Zamilkła na moment. - Paryż już zawsze będzie kojarzył mi się z jednym.
Chwycił ją za rękę. - Będzie dobrze.
Zaśmiała się ponuro.
- Nie, nic już nie będzie dobrze. Mam dość.
- Nie mów tak. - Przytulił ją do siebie. Nie zważał na jej oddech cuchnący dymem z papierosów. - Jesteśmy przy tobie, pomożemy ci.
- Za dużo mi pomagacie - odparła cicho wtulając się w jego ramię.
- Od tego w końcu są przyjaciele.
Miał rację. Bo przyjaciel to taki ktoś, kto... kto wprawdzie nie podniesie cię, kiedy upadniesz, ale będzie stał nad tobą tak długo, i mówił tak motywujące słowa, że w końcu sam się podźwigniesz. Ich trójka była na to żywym przykładem. Znali się od dziecka, razem bawili się na podwórku w piaskownicy, razem poszli do pierwszej klasy, razem skończyli podstawówkę, poszli do gimnazjum, razem wkuwali do egzaminów, razem skończyli szkołę. Wszystko robili razem. Wspólnie przechodzili przez burzliwy okres dojrzewania, leczyli złamane serca, pożerali tony czekolady na pocieszenie. To Leon i Maxi kryli ją przed rodzicami, kiedy potajemnie chodziła na tor. To oni też na samym początku odradzali jej ten niebezpieczny sport. Zawsze była tylko ich trójka.
Wciąż pamiętała dzień, kiedy - to była chyba szósta klasa - rozwaliła lampę na korytarzu szkolnym. No, zrobiła to specjalnie, taki durny zakład. Maximiliano mimo wściekłości przyznał się do tego za nią, przez co miał później kilka problemów. Ale to w końcu była przyjaźń.
- Ale dlaczego właśnie ja? - Odsunęła się od niego. - Przecież ja nigdy nic złego nie zrobiłam, to jakaś kara? Dużo bardziej wolałabym mieć rodziców takich jakich masz ty czy Maxi, byłoby mi dużo łatwiej.
- Camila, rodziców sobie nie wybierasz. Masz dobry kontakt ze swoimi rodzicami, nie tak jak my, powinnaś to docenić.
- Ale co ja mam doceniać? Im nigdy nic nie pasuje, potrafią mnie tylko krytykować. Udają wzorowych rodziców, a to czyste kłamstwo. Im zależy tylko na dobrej opinii, bo na czym więcej? Nie będą się szczycić córką, która ogląda się tylko za motocyklami.
Westchnął cicho.
- Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz się z tym pogodzić. Kiedyś wszystko się uspokoi, zobaczysz, będzie w porządku.
Uśmiechnął się do niej pocieszająco, jednak nie odwzajemniła tego. Dała się jednak ponownie przytulić. W ramionach swojego przyjaciela wszystkie troski znikały, było inaczej. Cieszyła się, że ma kogoś, z kim może porozmawiać, komu może powiedzieć absolutnie wszystko. W końcu o to najbardziej chodziło.

Przełączył kanał w telewizorze. Jakaś nudna komedia. Przełączył kolejny. Durny teleturniej. Na kolejnym programie dostał mdłości, kiedy zobaczył przytulająca się parę. Denne romansidło.
Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Rzucił okiem na przybysza. Federico, oczywiście. Wszedł do jego domu, nie rzucając żadnego głupiego „cześć”. Od razu skierował się do kuchni. Otworzył lodówkę. Po chwili zamknął ją nie znajdując niczego wartego uwagi. Nastawił wodę na kawę. Kilka minut później wkroczył dumnie do salonu, trzymając w ręku kubek parującego napoju. Postawił go na stole i jak gdyby nigdy nic podszedł do barku przy telewizorze. Wyciągnął ze środka paczkę cebulowych czipsów.
- Tak, możesz - mruknął Meksykanin patrząc, jak jego przyjaciel w błyskawicznym tempie pożera zawartość opakowania.
Spojrzał na niego.
- O, zapomniałem o tobie. Chcesz?
- Nie, dzięki. Ale kawę mogłeś mi zrobić.
- Trzeba było powiedzieć.
- Wybacz, że nie przewidziałem, że wparujesz do mojego domu jak do baru samoobsługi.
- A bo to pierwszy raz?
No co jak co, ale rację to on miał. Nie byli cywilizowanymi ludźmi, trzeba to przyznać. Wchodzili do swoich domów jak do własnych, nie pukając, bez pozwolenia. Brali co chcieli, jedli co im się żywnie podobało, wyjadali nawzajem swoje zapasy. Nie widzieli w tym jednak nic dziwnego, robili tak od zawsze.
- Przynieś mi coś do picia, jak możesz. Głowa mi pęka.
Spojrzał na niego uważnie. Zlustrował go wzrokiem od góry do dołu, po czym podniósł się i ruszył do kuchni, aby niedługim czasie wrócić z kubkiem kawy i tabletkami przeciwbólowymi. Postawił to na ławie przed nim. - Pięć peso się należy.
- Czipsy kosztowały sześć, więc nie marudź. Dzięki. - Chwycił pigułki i połknął je. Upił łyka kawy. - Byłem u tej dziewczyny.
- U jakiej dziewczyny?
- No u tej, co wtedy straciła przytomność. Wiesz przecie... - Skrzywił się, kiedy ból przeszył mu czaszkę.
Federico zmarszczył czoło. - Aż tak? Kładź się na tej kanapie.
Wstał chwiejnie z fotela i położył się na sofie, Włoch za to usadowił się na jego poprzednim miejscu.
- Wiesz o kogo mi chodzi - ciągnął Marco. - Ta dziewczyna, z tej firmy, co przy mnie zemdlała. - Federico pokiwał głową. - No i byłem u niej, chciałem zobaczyć jak się czuje. Człowieku... od niej bił taki chłód, że chciało się po prostu wyjść z tego pokoju i więcej tam nie wracać. Ale zostałem. Powiedziała, że wszystko w porządku, chciałem wyjść, zdenerwowała mnie. Była wredna. Ale zatrzymała mnie, przeprosiła, powiedziała, że nie lubi o tym mówić, a jej zdrowie pozostawia wiele do życzenia.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Widocznie jest chora.
- No tak, a to przecież nic takiego - prychnął. - Co mnie tam jakaś laska, przecież nawet jej nie znam, nie?
- Biorąc na logikę, to tak właśnie jest. Nie znasz dziewczyny, nie wiesz nawet jak ma na imię.
- Kto powiedział, że nie wiem jak ma na imię? - Federico spojrzał na niego wyczekująco. - Francesca. Chyba.
- A skąd ona jest?
Spojrzał na niego jak na idiotę. - Może miałem jeszcze spytać ile ma rodzeństwa i jak nazywają się jej rodzice?
- Pytam, bo Francesca to włoskie imię. Mniejsza o to. I co dalej?
- No wyszedłem stamtąd. Dziwna sprawa.
- Dlaczego dziwna? - zdziwił się.
- Ta dziewczyna była jakaś dziwna. Odniosłem wrażenie, że się mnie bała, a przecież ja jej nic nie zrobiłem.
Federico prychnął.
- Chłopie, laski się ciebie boją...
- A weź ty mnie nawet nie denerwuj. To nie jest śmieszne.
W odpowiedzi usłyszał tylko głębokie westchnięcie swojego przyjaciela. Nic więcej.
Cóż, Federico zawsze był taki... inny. Dziewczyny traktował jak przygodę na jedną noc, można powiedzieć, że ich nie szanował. Marco znał jednak kilka wyjątków i w większości były to dziewczyny pochodzenia również włoskiego, to zrozumiałe. Wiedział, że Fede czuje jakiś taki respekt do wszystkich Włochów. Inne kobiety nie znaczyły dla niego praktycznie nic. Był typem badboya nie przejmującego się opiniami innych.
No a Marco był jego zupełnym przeciwieństwem. Lubił imprezy, ale nie tak częste i nie tak huczne jak jego przyjaciel. Do płci pięknej miał ogromny szacunek - inaczej na pewno nie interesowałby się tą całą Francescą - tego w końcu nauczyli go jego rodzice i siostra. Julia powiedziała kiedyś... „To kobieta cię urodziła, więc nie masz prawa żadnej sponiewierać.” Jakoś wziął sobie te słowa do serca... bardzo do serca. Wiedział, że to była prawda. Niestety nie wszyscy mężczyźni myśleli to samo.
- Ty wiesz więcej o kobietach niż ja - odezwał się. - Czemu się tak zachowywała?
Włoch wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Laski są dziwne. Raz płaczą, a raz się śmieją, za nimi nie nadążysz. Jak spotkasz tą całą Francescę jutro na ulicy, to na bank rzuci ci się na szyję, wycałuje i powie jak bardzo cię uwielbia za to, że uratowałeś jej życie. Myślisz, że tak nie będzie? - dodał widząc jego wzrok.
- Jakoś nie jestem tego pewien.
- Zmień nastawienie człowieku, bo tak to żadnej sobie nie znajdziesz.
- Powiedział Federico.
Chłopak prychnął.
Jeszcze przez kilka długich - bardzo długich - minut sprzeczali się na temat „tej laski”. Federico, jak to on, uważał, że przecież nic się nie stało, a Marco powinien się cieszyć, że laski mdleją na jego widok, a później się go boją. Normalka.
- Lepiej ci? - rzucil Federico spoglądając na swojego przyjaciela.
Mężczyzna przejechał ręką po swoich włosach.
- Nie. Idę spać. - Odwrócił się w drugą stronę, plecami do niego. - Jak będziesz wychodził, to nie zapomnij zamknąć domu. Nie tak, jak ostatnio.

Zaśmiała się głośno. Odwróciła się, oceniając swoje szanse na ucieczkę. Niestety, jakieś duże to one nie były.
- Skarbie, przecież doskonale wiesz, że i tak cię złapię. A wtedy już ci nie odpuszczę.
Uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową.
- Jestem szybsza niż myślisz.
- W tych dziesięciocentymetrowych szpilkach?
Spojrzała na swoje buty. Rzeczywiście, te krwistoczerwone obcasy, które kupiła zaledwie wczoraj, nie były idealne do tak „ekstremalnego” wyczynu. Zrzuciła je więc z nóg, tak, że przeleciały przez cały salon i zatrzymały się dopiero na ścianie.
- Bez butów mam o wiele więcej szans - uśmiechnęła się sprytnie.
- Tak myślisz?
Ruszył w jej kierunku. Wycofała się do tyłu. Oparła się o szafkę.
- Chcesz mieć mnie na sumieniu?
- Oj Violu, nie przesadzaj. Ja się tylko odgrywam.
Stała przez chwilę i patrzyła na niego, po czym odwróciła się i wybiegła z pokoju. W korytarzu prawie przewróciła się, kiedy potknęła się o jakieś rzeczy leżące na podłodze. Wbiegając do kuchni uderzyła ręką o futrynę, ale jakoś się tym nie przejęła.
Po tym, jak przez kilka minut próbowała wybiec zza stołu - udało jej się to dopiero wtedy, kiedy Lorenzo zdecydował się przejść do niej pod blatem, co niestety nie wyszło, bo był trochę za niski - opuściła kuchnię.
Pobiegła z powrotem do salonu.
Pech chciał, że nie zauważyła swoich własnych szpilek leżących zaraz przy drzwiach i runęła jak długa na ziemię.
Zanim zdążyła się pozbierać, ktoś przycisnął ją z powrotem do podłogi.
- Widzisz, kochanie, mówiłem, że przede mną nie uciekniesz - szepnął do jej ucha tak, że przeszły ją dreszcze.
Powstrzymała się od komentarza, że gdyby się nie przewróciła, to w dalszym ciągu lataliby jak idioci po całym mieszkaniu.
- I co teraz? - odparła cicho.
Zaśmiał się pod nosem.
- Wiesz, powiedziałaś, że jestem głupi. Za to należy się najgorsza kara.
Uśmiechnęła się.
- Mam się bać?
Wsunął rękę pod jej sukienkę. - Powinnaś.
Odsunął zamek na jej plecach. Zarzuciła mu ręce na kark i złączyła ich usta w gorącym pocałunku.
Najgorsze jednak było to, że już nie czuła przy tym tego, co czuła jeszcze tak niedawno.
Musiała przyznać się sama przed sobą, że jej miłość wygasała. I nie mogła nic na to poradzić. Lorenzo kochał ją, w końcu powtarzał to każdego dnia. Problem w tym, że ona nie chciała go okłamywać. Wiedziała, że go rani, bo w końcu nikt nie chce być oszukiwany.
Bo z miłością to jest... tak dziwnie. Przez jakiś czas jest i wszyscy są pewni, że to taka miłość wieczna i że przetrwa ona wszystko tym bardziej, że narodziła się ona między tak dojrzałymi, dorosłymi ludźmi. Ale po pewnym czasie ta miłość... no powiedzmy, że już nie jest tak silna jak na początku. Staje się mniejsza, mniejsza i mniejsza, aż w końcu znika zupełnie.
Violetta jednak miała świadomość, że jeszcze trochę będzie musiała się pomęczyć. Mimo wszystko, kochała Lorenzo.
- Kocham cię - przy swoim uchu znów usłyszała jego głos.
Minęła chwila, zanim odpowiedziała.
- Wiem.
Ściągnął z jej ramion sukienkę. Zaczął składać pocałunki na jej szyi. Chwyciła za brzeg jego koszulki. Pomogła mu ją ściągnąć, po czym wczepiła ręce w jego włosy.
Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Do salonu weszła jej siostra.
- Macie cały dom, a rozwaliliście się na podłodze w samym centrum. Oszczędźcie mi tego widoku.
Dziewczyna poderwała się do góry, jednocześnie uderzając głową o głowę swojego chłopaka. Rzuciła mu koszulkę, po czym sama naciągnęła na siebie sukienkę.
- Mogłaś zapukać - warknęła.
- Chyba jesteś chora jeśli myślisz, że będę pukać do własnego domu. - Obserwowała jak Violetta i Lorenzo podnoszą się z podłogi. - Jesteście obrzydliwi. Masz później wymyć te płytki. A teraz przepraszam, idę się wyrzygać.
Odwróciła się na pięcie i wyszła z salonu zostawiając ich samych. Poszła do łazienki.
Zamknęła drzwi, oparła się o nie plecami i zsunęła po nich na dół. Ukryła twarz w dłoniach.
Zazdrościła jej. Zazdrościła Violce, i to tak cholernie mocno. Dlaczego mogła pieprzyć się ze swoim chłopakiem na podłodze w salonie, a ona nigdy nawet nie była na randce? Dlaczego świat był taki niesprawiedliwy? Dlaczego to musiało spotkać akurat ją?
Tak bardzo chciała, żeby ktoś ją pokochał. Chciała poczuć, że jest ważna, i że znaczy cokolwiek. Mieć świadomość, że jest dla kogoś całym światem.
Ale los nie był tak łaskawy. Widocznie w poprzednim życiu czymś zawiniła... skoro teraz musi przechodzić przez takie coś.
Nie zorientowała się nawet, kiedy jej ręka sama powędrowała do szafki obok niej... a w jej dłoni znalazły się ostre żyletki, które po chwili rozcięły delikatną skórę na jej nadgarstku. 


 Zjawiam się z rozdziałem dziewiętnastym, po dość dużej przerwie. Mam nadzieję, że spodoba wam się on, bo... miałam pewne problemy z jego napisaniem, sama nie wiem czemu :P Chyba bardziej skupiłam się na moim parcie. No, ale rozdział jest, a ja nie mam w sumie nic do dodania. Godzina... no jest jaka jest, jutro wprawdzie nie idę do szkoły, ale muszę wstać wcześniej ;/ A więc zapraszam do czytania! ;)) Nie mam pojęcia kiedy pojawi się kolejny rozdział, będę się starała jak najszybciej :) Tymczasem...

17 KOMENTARZY - ROZDZIAŁ 20